czwartek, 28 maja 2026
Psi PatrOl 24
Polityka·Wiadomość

LEX SZARLATAN: OCHRONA PACJENTA CZY NOWA GRANICA KONTROLI?

Rząd przyjął projekt „lex szarlatan”, który ma dać Rzecznikowi Praw Pacjenta ostrzeżenia publiczne, decyzje tymczasowe i kary do 1 mln zł za praktyki pseudomedyczne. To potrzebna reakcja na rynek fałszywych terapii, suplementowych cudów i sprzedaży nadziei ciężko chorym. Ale im mocniejsza nazwa ustawy, tym większy obowiązek precyzji: państwo nie może walczyć z oszustwem narzędziem, które obywatel zrozumie dopiero po ukaraniu.

Michał K. · Redaktor prowadzący
27 maja 2026 12:34 · 1 min czytania

Rada Ministrów przyjęła 12 maja 2026 r. projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Rząd przedstawia go jako odpowiedź na sprzedaż niesprawdzonych terapii, podszywanie się pod specjalistów medycznych oraz zniechęcanie chorych do diagnostyki i leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną. Za projekt politycznie odpowiada Ministerstwo Zdrowia, a kluczową instytucją wykonawczą ma być Rzecznik Praw Pacjenta. Co konkretnie ma się zmienić? Rzecznik ma dostać możliwość prowadzenia postępowań także wobec podmiotów działających poza rejestrem działalności leczniczej.

Ma wydawać publiczne ostrzeżenia, gdy praktyka może zagrażać życiu lub zdrowiu pacjentów, oraz decyzje tymczasowe nakazujące natychmiastowe wstrzymanie działań przed zakończeniem całego postępowania. Projekt przewiduje też podniesienie maksymalnej kary za naruszanie zbiorowych praw pacjentów z 500 tys. zł do 1 mln zł oraz kary za brak współpracy z Rzecznikiem do 100 tys. zł. ANALIZA. Kierunek jest zasadny. Pacjent onkologiczny, psychiatryczny, neurologiczny czy przewlekle chory nie jest zwykłym konsumentem promocji. Kiedy ktoś obiecuje mu leczenie bez dowodu, sprzedaje nie tylko produkt, ale także ryzyko opóźnienia prawdziwej pomocy.

W takich sprawach państwo nie może udawać, że wystarczy ogólny zakaz wprowadzania w błąd albo spokojna edukacja. Tam, gdzie fałszywa nadzieja zamienia się w biznes, musi pojawić się szybka reakcja. Problem zaczyna się jednak w języku. Rząd używa nazwy „lex szarlatan”, czyli określenia mocnego, celnego i medialnie nośnego. Taki język działa natychmiast: każdy wie, po której stronie chce stać. Tyle że prawo nie może działać jak hasło z konferencji prasowej. Ustawa musi wytrzymać sytuacje graniczne: dietetyka, influencer zdrowotnego, osobę sprzedającą suplementy, terapeutę wspierającego dobrostan, pacjenta krytykującego szpital i przedsiębiorcę prowadzącego legalną usługę około zdrowotną.

Dokument Q&A przygotowany wokół projektu próbuje tę granicę wyjaśniać. Wynika z niego, że krytyka lekarzy, kolejek czy organizacji ochrony zdrowia nie ma być celem ustawy, a joga, masaż, medytacja, zielarstwo czy kosmetologia nie mają być automatycznie uznawane za pseudomedycynę. Problemem ma być przypisywanie działania leczniczego bez podstaw naukowych lub nakłanianie do rezygnacji z terapii medycznej. To ważne doprecyzowanie, ale obywatel nie powinien poznawać granic wolności wypowiedzi dopiero z materiału Q&A. Granice muszą być widoczne w ustawie i praktyce jej stosowania. KTO JEST ODPOWIEDZIALNY. Rząd odpowiada za projekt i za sposób jego opowiadania. Ministerstwo Zdrowia odpowiada za precyzję przepisów. Rzecznik Praw Pacjenta, jeśli ustawa wejdzie w życie, będzie odpowiadał za praktykę stosowania ostrzeżeń i decyzji tymczasowych.

Parlament odpowiada za dopisanie bezpieczników: procedury odwołania, standardu dowodowego, kontroli sądowej, zasad publikowania ostrzeżeń oraz ochrony przed stygmatyzacją podmiotów, wobec których sprawa nie została jeszcze wyjaśniona. Warto zauważyć, że Naczelna Rada Lekarska popierała kierunek zmian, ale zwracała uwagę na ograniczenia samego modelu administracyjnego. Innymi słowy: nawet środowisko medyczne, które od lat alarmuje przed pseudo medycyną, widzi, że skuteczność nie wynika automatycznie z wysokiej kary i szerokiej kompetencji urzędu. Jeżeli podmiot zniknie, zmieni nazwę albo przeniesie sprzedaż do Internetu, państwo może mieć ostrą konferencję, ale miękką egzekucję.

DLACZEGO TO WAŻNE DLA OBYWATELA? Ten projekt dotyczy nie tylko ludzi kupujących cudowne terapie. Dotyczy każdego, kto w chorobie szuka informacji, drugiej opinii, wsparcia albo nadziei. Dobre prawo powinno oddzielić pomoc od oszustwa, edukację od fałszywej obietnicy, krytykę systemu od zarabiania na rezygnacji z leczenia. Jeżeli ta granica będzie jasna, pacjent zyska realną ochronę. Jeżeli będzie rozmyta, część ludzi uzna ustawę za narzędzie urzędowego uciszania, a nie obrony zdrowia.

Pseudo medycyna rośnie tam, gdzie państwo i system ochrony zdrowia zostawiają człowieka samego z lękiem, kolejką i chaosem informacyjnym. Rząd ma rację, gdy mówi o manipulacji strachem i nadzieją. Ale ta diagnoza ma drugą połowę: obywatel łatwiej wpada w ręce fałszywego autorytetu, gdy w legalnym systemie zbyt długo czeka na lekarza, słyszy niezrozumiały język albo nie znajduje odpowiedzi na swoje pytania. Walka z pseudo medycyną nie może być wygodnym zamiennikiem naprawy realnej opieki. Analiza mechanizmu manipulacji lub komunikacji.

Technika pierwsza to etykietowanie moralne. Słowo „szarlatan” nie opisuje tylko naruszenia prawa. Ono od razu wydaje wyrok w świadomości odbiorcy. W wielu przypadkach może być trafne, bo rynek fałszywych terapii naprawdę żeruje na strachu i bezradności. Problem polega na tym, że język ustawy nie może działać tak samo jak język kampanii informacyjnej. Prawo potrzebuje definicji, dowodów i procedur, a nie tylko mocnej nazwy. Technika druga to fałszywa alternatywa: albo popierasz projekt, albo stajesz po stronie oszustów medycznych. To wygodne dla władzy, bo krytyka szczegółów przepisów zaczyna wyglądać jak obrona pseudo medycyny. W rzeczywistości można jednocześnie żądać twardej ochrony pacjentów i pytać o granice decyzji tymczasowych, publicznych ostrzeżeń, kryteriów naukowości oraz ochrony legalnych usług zdrowotnych i około zdrowotnych.

Technika trzecia to zarządzanie emocją strachu i ulgi. Najpierw pokazuje się pacjenta bezradnego wobec fałszywej nadziei, potem państwo jako tarczę, a na końcu karę jako dowód sprawczości. Ten mechanizm jest skuteczny, bo każdy zna albo potrafi sobie wyobrazić dramat osoby, która w chorobie została oszukana. Właśnie dlatego trzeba szczególnie uważać, czy emocja nie zastępuje kontroli jakości przepisów. Fakty pomijane w takiej narracji są mniej widowiskowe, ale kluczowe. Po pierwsze, o skuteczności zdecyduje nie sama wysokość kary, lecz możliwość szybkiego ustalenia podmiotu, zebrania dowodów i wyegzekwowania decyzji. Po drugie, publiczne ostrzeżenie może chronić pacjentów, ale może też zniszczyć reputację, jeśli zostanie użyte pochopnie. Po trzecie, dezinformacja medyczna nie znika tylko dlatego, że państwo nazwie ją po imieniu. Dlaczego obywatel może dać się na to nabrać? Bo w sporze o zdrowie człowiek naturalnie szuka prostego podziału: lekarz albo oszust, nauka albo zabobon, państwo albo chaos.

Tymczasem praktyka jest trudniejsza. Istnieją fałszywe terapie, ale istnieją też legalne działania wspierające komfort. Istnieje potrzebna krytyka szpitali i kolejek, ale istnieje też biznes budowany na namawianiu do porzucenia leczenia. Dobre państwo musi odróżnić te przypadki bez teatralnego gestu. Jak rozpoznać podobną technikę w przyszłości? Gdy władza nadaje projektowi nazwę, która od razu ustawia przeciwnika jako moralnie podejrzanego, trzeba przejść z emocji do pytań proceduralnych: kto decyduje, na podstawie jakich dowodów, jak szybko można się odwołać, co dzieje się po błędnej decyzji, kto kontroluje urząd i jakie dane będą publikowane o stosowaniu ustawy. Polityczny interes jest oczywisty: rząd może pokazać się jako obrońca słabszych. Społeczny skutek będzie dobry tylko wtedy, gdy za ostrą nazwą pójdzie równie precyzyjne prawo.

Projekt jest potrzebny, bo państwo za długo zostawiało pacjentów samych wobec rynku, który potrafi sprzedawać nadzieję w opakowaniu terapii. Nie ma wolności w tym, że chory człowiek płaci za obietnicę bez dowodu i rezygnuje z leczenia, które mogłoby mu pomóc. Jednocześnie rząd powinien pilnować własnego języka. Nazwa „lex szarlatan” jest komunikacyjnie skuteczna, ale prawnie ryzykowna, jeśli zacznie zastępować dyskusję o definicjach, procedurach i kontroli decyzji administracyjnych. Państwo nie może odpowiedzieć na nadużycie rynkowe nadużyciem retorycznym.

Pacjenta nie chroni samo mocne słowo. Pacjenta chroni państwo, które potrafi udowodnić oszustwo, zatrzymać szkodę i nie pomylić precyzyjnego prawa z konferencyjną etykietą.

Twoja reakcja
Michał K.
Redaktor prowadzący

Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.

Czytaj również

Alarmy bombowe i państwo z kartonu: kiedy ofiary były terroryzowane, a władza udawała, że procedury wystarczą.

Najpierw były masowe wiadomości do szkół, przedszkoli i instytucji. Potem zgłoszenia zaczęły wyglądać bardziej personalnie: adresy, mieszkania, konkretne osoby, rodziny, politycy, dziennikarze i publicyści. W marcu 2026 r. media opisywały kaskadowe alarmy w placówkach oświatowych. W maju 2026 r. opinia publiczna dostała już coś cięższego: sekwencję fałszywych zgłoszeń, które nie tylko angażowały służby, ale wchodziły ludziom do domów przez drzwi, okna, procedury i nerwy.

28 maja 2026 · 5 min

Dobre ustawy na konferencji, dziurawe przepisy w praktyce? Banki i onkologia wymagają poprawek

W projektach UC96 i UD258 nie chodzi wyłącznie o techniczne porządki w bankach i Krajowej Sieci Onkologicznej. Pod spodem pracuje mechanizm znacznie ważniejszy: więcej decyzji w centrum, więcej danych w systemach, więcej obietnic sprawności i zbyt mało twardych zabezpieczeń dla tych, którzy za błędy zapłacą pierwsi. W bankowości będą to mniejsze instytucje i klienci; w onkologii - pacjent, który nie ma czasu na administracyjne wygibasy. Państwo znów mówi: "zaufajcie nam". Problem w tym, że dobra kontrola nie polega na zaufaniu, tylko na sprawdzalności.

27 maja 2026 · 4 min

E-DORĘCZENIA: NOWOCZEŚNIE… ALE CZY BEZPIECZNIE?

Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada, że e-Doręczenia od 2026 r. stają się standardem kontaktu administracji z obywatelami i firmami. W tym samym komunikacie pojawia się jednak ostrzeżenie: jeśli urząd nie ma aktywnego adresu do doręczeń elektronicznych, sprawy online można nie załatwić skutecznie. To zdanie powinno zapalić czerwone światło każdemu, kto pamięta, że cyfryzacja ma służyć obywatelowi, a nie testować jego cierpliwość.

26 maja 2026 · 3 min