czwartek, 28 maja 2026
Psi PatrOl 24
Felieton·Komentarz dnia

Państwo z formularza...

Michał K. · Redaktor prowadzący
27 maja 2026 11:33 · 1 min czytania

Najgroźniejsze reformy rzadko wchodzą drzwiami z napisem „zagrożenie”. One przychodzą elegancko: w garniturze, z prezentacją, z hasłem o odciążeniu sądów, z obietnicą wygody dla obywatela. Nikt nie mówi: „osłabimy kontrolę”. Mówi się: „uprościmy procedurę”. Nikt nie mówi: „zastąpimy badanie sprawy podpisem”. Mówi się: „zaufamy obywatelowi”. Nikt nie mówi: „przesuniemy ciężar ryzyka na słabszą stronę”. Mówi się: „damy ludziom wybór”.

I właśnie dlatego politykę trzeba czytać nie z konferencji prasowych, lecz z przepisów.

Sprawa rozwodów pozasądowych była sprzedawana jako nowoczesna, praktyczna i obywatelska reforma. Ministerstwo Sprawiedliwości informowało, że Rada Ministrów przyjęła projekt pozwalający rozwiązać małżeństwo na podstawie zgodnych oświadczeń małżonków składanych przed kierownikiem urzędu stanu cywilnego. Brzmiało sprawnie: mniej formalności, mniej czekania, mniej sądu tam, gdzie ludzie są zgodni. W debacie sejmowej wskazywano, że obecnie rozwód następuje przed sądem, a do sądów trafia rocznie około 60 tys. pozwów rozwodowych.

Na papierze — rozsądek. W praktyce — pytanie zasadnicze: czy każdą sprawę, którą da się przyspieszyć, należy przyspieszać?

Bo państwo nie jest paczkomatem. Nie każda czynność publiczna polega na tym, że człowiek podaje kod, system otwiera skrytkę i sprawa załatwiona. Są obszary, w których procedura nie jest przeszkodą. Jest bezpiecznikiem. Sąd w sprawie rozwodowej bywa powolny, przeciążony, czasem irytujący. Ale jego rola nie polega wyłącznie na ceremonialnym przybiciu pieczątki. Sąd ma zobaczyć coś więcej niż dwa podpisy. Ma sprawdzić, czy zgoda jest rzeczywista, czy decyzja jest świadoma, czy pod spodem nie ma presji, zależności ekonomicznej, lęku, przemocy, ukrytego konfliktu albo interesu majątkowego.

Urzędnik stanu cywilnego nie jest sądem rodzinnym w wersji light. Nie prowadzi postępowania dowodowego. Nie bada życia małżeńskiego. Nie waży nierównowagi sił. Nie widzi tego, co w aktach sądowych często wychodzi dopiero po pytaniach, dokumentach i zeznaniach. Formularz jest szybki, ale formularz nie ma intuicji. Rejestr jest porządny, ale rejestr nie słyszy tonu głosu. Oświadczenie jest wygodne, ale oświadczenie bywa najtańszym papierem w państwie, jeśli nie stoi za nim realna kontrola.

W druku senackim nr 655 zapisano, że kierownik urzędu stanu cywilnego ma odmówić odebrania zapewnień lub przyjęcia oświadczeń, jeżeli istnieją przeszkody wyłączające rozwód pozasądowy. Ten sam projekt przewidywał, że po dołączeniu wzmianki dodatkowej do aktu małżeństwa małżeństwo uważa się za rozwiązane, a rozwód pozasądowy wywołuje skutki takie, jak gdyby żaden z małżonków nie ponosił winy rozkładu pożycia.

I tu zaczyna się sedno. Z pozoru: technika. W rzeczywistości: ogromna zmiana filozofii państwa.

Wina? Brak. Sąd? Pominięty. Skutki? Natychmiastowe po wpisie. Kontrola? Oparta głównie na oświadczeniach i kompetencji organu, który nie jest wyposażony w narzędzia sądu. To nie jest tylko „ułatwienie życia”. To jest przeniesienie poważnej decyzji ustrojowo-rodzinnej z przestrzeni wymiaru sprawiedliwości do przestrzeni administracyjnego obrotu dokumentem.

Można oczywiście powiedzieć: skoro dwoje dorosłych ludzi chce się rozstać, państwo nie powinno ich trzymać na siłę. To argument ważny. Nikt rozsądny nie powinien bronić małżeństwa jako więzienia. Problem polega na tym, że dobre prawo nie projektuje się pod idealnych, równych, spokojnych i uczciwych obywateli. Dobre prawo projektuje się także pod sytuacje trudne: gdy jedna strona dominuje, druga ustępuje; gdy ktoś podpisuje, bo boi się awantury; gdy za rozwodem idzie majątek; gdy rozstanie jest elementem większej gry; gdy „zgoda” jest produktem presji, a nie wolności.

Państwo, które myli zgodne oświadczenie z realną równowagą stron, zachowuje się jak człowiek, który sprawdza stan techniczny mostu, patrząc tylko na świeżą farbę.

Jeszcze ciekawszy jest kontekst społeczny. Według danych GUS za pierwszy kwartał 2026 r. ludność Polski wyniosła 37,281 mln osób, czyli około 155 tys. mniej niż rok wcześniej. W tym samym okresie urodziło się około 57,5 tys. dzieci, zmarło około 112 tys. osób, a przyrost naturalny wyniósł minus 54,5 tys. GUS podał też, że w pierwszych trzech miesiącach 2026 r. zawarto około 11 tys. małżeństw, a rozwód orzeczono wobec około 15,5 tys. małżeństw.

To nie są liczby do ozdobienia raportu. To jest obraz kraju, który ma problem ze stabilnością, zaufaniem, przyszłością i instytucjami. W takim momencie państwo powinno zadawać sobie pytanie: jak wzmacniać warunki do życia, odpowiedzialności i bezpieczeństwa? Tymczasem zbyt często odpowiedź brzmi: skróćmy procedurę, nazwijmy to reformą i liczmy, że obywatel uzna tempo za jakość.

Ale tempo nie jest jakością. Szybki błąd nadal jest błędem. Szybka luka nadal jest luką. Szybka decyzja pod presją nadal pozostaje decyzją pod presją.

Prezydent zawetował ustawę 30 kwietnia 2026 r., wskazując m.in., że projekt przewidywał szybkie rozwiązanie małżeństwa przed urzędnikiem, bez udziału sądu, oraz że sądowa decyzja o rozwodzie jest gwarancją, iż rozstrzygnięcie jest przemyślane, rzeczywiste i niekrzywdzące dla żadnej ze stron. Kancelaria Prezydenta podała również, że zawetowana została ustawa z 13 marca 2026 r. o zmianie Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego oraz niektórych innych ustaw.

Można nie lubić tego weta. Można spierać się o jego motywację. Można uważać, że sądy rodzinne działają za wolno i że państwo powinno szukać alternatyw. To wszystko jest uprawnione. Ale nie wolno udawać, że każda krytyka tej ustawy jest konserwatywną histerią, a każdy sprzeciw wobec administracyjnego rozwodu to tęsknota za państwem opresyjnym.

Prawdziwy spór nie dotyczy tego, czy ludzie mają prawo się rozstać. Mają. Spór dotyczy tego, czy państwo może zredukować jedną z najpoważniejszych decyzji w życiu człowieka do procedury, w której najważniejsze pytania zostają wypchnięte poza system kontroli.

To jest właśnie choroba współczesnej legislacji: wiara, że jeśli coś da się wpisać do rejestru, to znaczy, że zostało rozwiązane. Otóż nie. Rejestr nie rozwiązuje problemu. Rejestr tylko potwierdza, że państwo uznało dokument. A między dokumentem a prawdą życia czasem leży przepaść.

Dobre państwo nie musi być ciężkie, powolne i ceremonialne. Ale dobre państwo musi wiedzieć, gdzie można upraszczać, a gdzie uproszczenie staje się demontażem zabezpieczeń. Można uprościć formularz. Można skrócić termin. Można cyfryzować akta. Można odciążać sądy przez mediację, lepszą organizację pracy, szybsze doręczenia, sprawniejsze postępowania bezsporne. Ale czym innym jest naprawienie silnika, a czym innym wyjęcie hamulców, bo samochód ma jechać lżej.

Felietonowa puenta jest prosta: państwo nie upada wtedy, gdy ma za dużo pieczątek. Państwo zaczyna się psuć wtedy, gdy uznaje, że pieczątka może zastąpić odpowiedzialność.

Bo za każdym razem, gdy władza mówi „to tylko techniczna zmiana”, obywatel powinien zapytać: techniczna dla kogo? Dla urzędu, który będzie miał mniej spraw? Dla sądu, który dostanie mniej pozwów? Dla polityka, który pokaże tabelkę z sukcesem? Czy dla człowieka, który po podpisaniu dokumentu zostanie sam z konsekwencjami, których nikt wcześniej porządnie nie zbadał?

Najlepsze ustawy nie są te, które najładniej brzmią na konferencji. Najlepsze ustawy to te, które nadal działają, gdy trafią w ręce sprytnego człowieka, silniejszej strony, nieuczciwego pełnomocnika, majątkowego kombinatora albo kogoś, kto traktuje państwo jak zestaw furtek do wykorzystania.

A jeżeli przepis działa dobrze tylko wtedy, gdy wszyscy są uczciwi, spokojni i równi — to nie jest dobre prawo. To jest pobożne życzenie zapisane językiem urzędowym.

Twoja reakcja
Michał K.
Redaktor prowadzący

Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.

Czytaj również