Osobiste Konta Inwestycyjne jako preferencja podatkowa i mechanizm przesuwania prywatnych oszczędności na rynek kapitałowy.
Rządowy druk 2580 obiecuje obywatelom nowe Osobiste Konta Inwestycyjne: zwolnienie do 100 tys. zł dla aktywów inwestycyjnych, 25 tys. zł dla oszczędnościowych i start od 2027 r. W komunikacie brzmi to jak powszechna ulga dla każdego. W projekcie widać jednak coś bardziej złożonego: państwo chce uruchomić prywatne portfele jako paliwo dla rynku kapitałowego.

OKI mogą być sensownym impulsem dla oszczędzania i rynku kapitałowego, ale polityczna narracja o „narzędziu dla każdego” pomija podstawowy fakt: najbardziej korzysta ten, kto już ma nadwyżkę finansową, wiedzę inwestycyjną i odporność na ryzyko.
Rząd skierował do Sejmu projekt ustawy o osobistych kontach inwestycyjnych. W Sejmie projekt otrzymał numer druku 2580. Dokument pochodzi z 8 maja 2026 r., wpłynął do Sejmu 15 maja 2026 r. i ma wprowadzić od 1 stycznia 2027 r. nowe, dobrowolne konta inwestycyjno-oszczędnościowe dla osób fizycznych.
W komunikacie KPRM rząd przedstawia OKI jako nowy instrument, który ma pozwolić inwestować w akcje, obligacje, fundusze i inne instrumenty finansowe z preferencją podatkową. Dla aktywów inwestycyjnych projekt przewiduje zwolnienie do 100 tys. zł, a dla części oszczędnościowej, takiej jak lokaty czy obligacje oszczędnościowe, limit 25 tys. zł. Podstawowe czynności, czyli otwarcie konta, wpłaty i wypłaty, mają być bez opłat.
To brzmi prosto, ale konstrukcja nie jest prostą likwidacją podatku Belki. Projekt wprowadza szczególny podatek od wartości aktywów. Jego stawka ma wynosić 19 proc. wartości stopy referencyjnej NBP z 31 października roku poprzedzającego rok podatkowy, nie mniej niż 0,1 proc. W 2027 r. ma to być 0,85 proc. Innymi słowy: państwo zamienia klasyczny podatek od zysku na opłatę liczona od wartości portfela powyżej limitów.
Politycznie odpowiedzialna jest Rada Ministrów, która przyjęła projekt 5 maja 2026 r., oraz Minister Finansów i Gospodarki, upoważniony do prezentowania stanowiska rządu w pracach parlamentarnych. Instytucjonalnie w sprawie występują także Sejm, Krajowa Administracja Skarbowa, e-Urząd Skarbowy, Komisja Nadzoru Finansowego, banki, domy maklerskie, fundusze inwestycyjne, zakłady ubezpieczeń i dobrowolne fundusze emerytalne.
Najważniejszym adresatem politycznym jest jednak obywatel. To z jego prywatnych oszczędności ma powstać kapitał, który rząd chce częściowo przesunąć z depozytów i gotówki na rynek kapitałowy. W dokumencie projektodawcy mówią o budowie dobrobytu kraju, płynności GPW i większej efektywności oszczędzania gospodarstw domowych.
Uzasadnienie projektu stawia diagnozę wprost: polski rynek kapitałowy jest relatywnie płytki, a gospodarstwa domowe zbyt dużo środków trzymają w gotówce i depozytach. Dokument wskazuje, że kapitalizacja spółek notowanych na GPW w 2024 r. wynosiła 22 proc. PKB, przy średniej unijnej 63 proc. oraz około 50 proc. w krajach o podobnym modelu finansowania gospodarki, takich jak Niemcy i Hiszpania.
Projekt powołuje się również na dane o stopie oszczędności. W I kwartale 2024 r. stopa oszczędności w Polsce miała wynosić 6,38 proc., wobec unijnej średniej 14,32 proc. W dokumencie podano także, że na koniec 2024 r. Polacy mieli niemal 1,3 bln zł w depozytach bankowych i gotówce, podczas gdy inwestycje w instrumenty takie jak akcje czy obligacje korporacyjne wynosiły około 0,6 bln zł.
Rząd chce, aby OKI stały się kanałem przenoszenia części tych pieniędzy na rynek finansowy. Według szacunków Ministerstwa Finansów, przy ostrożnym założeniu efektu na poziomie połowy szwedzkiego modelu ISK oraz określonym udziale krajowych inwestycji, dodatkowy napływ nowych środków na GPW do 2040 r. ma wynieść około 74 mld zł.
W projekcie są też liczby, które studzą powszechnościową narrację. Z szacunków MF wynika, że lokaty i rachunki oszczędnościowe o wartości co najmniej 25 tys. zł miało około 12,7 proc. dorosłych Polaków, a o wartości co najmniej 100 tys. zł około 5 proc. dorosłych Polaków. Kapitał co najmniej 100 tys. zł zainwestowany w papiery wartościowe miało około 0,8 proc. dorosłych Polaków. To ważne, bo pokazuje, że realne wykorzystanie największej preferencji nie rozłoży się równo na społeczeństwo.
Pierwsza niespójność dotyczy hasła „bez podatku”. Rządowy przekaz eksponuje zwolnienie z podatku Belki do 100 tys. zł, ale projekt nie usuwa opodatkowania z systemu. Zastępuje je podatkiem od wartości aktywów powyżej limitów. Dla inwestora, który osiąga wysokie stopy zwrotu, może to być korzystne. Dla inwestora, który ponosi stratę albo ma słaby wynik, konstrukcja jest mniej oczywista, bo opodatkowanie odnosi się do aktywów, a nie do realnie osiągniętego zysku.
Druga niespójność dotyczy powszechności. Formalnie OKI mają być dla każdej pełnoletniej osoby. Praktycznie największy efekt preferencji pojawi się u tych, którzy mają z czego oszczędzać. Jeżeli 63 proc. respondentów badania przywołanego w OSR jako główną przyczynę braku oszczędności wskazuje niskie dochody, to sama ulga podatkowa nie rozwiązuje problemu ludzi, którzy nie mają nadwyżki do ulokowania.
Trzecia niespójność dotyczy prostoty. Uzasadnienie podkreśla, że produkt i opodatkowanie mają być łatwe do zrozumienia. Tymczasem projekt operuje podziałem na aktywa oszczędnościowe i inwestycyjne, limitami 25 tys. zł i 100 tys. zł, średnią wartością aktywów, dziennymi wycenami, e-Urzędem Skarbowym, informacjami od instytucji finansowych i zależnością stawki podatku od stopy referencyjnej NBP. To nie jest mechanizm intuicyjny dla obywatela, który dopiero uczy się inwestowania.
Mechanizm sprawy: prywatne oszczędności jako paliwo publicznej strategii Mechanizm OKI działa w kilku krokach. Najpierw państwo diagnozuje problem: Polacy trzymają dużo pieniędzy w depozytach i gotówce, a krajowy rynek kapitałowy jest za płytki, aby silnie finansować rozwój gospodarki. Następnie państwo tworzy podatkową zachętę, aby część prywatnych pieniędzy przesunęła się do akcji, obligacji, funduszy i innych instrumentów.
Kolejny ruch to włączenie instytucji finansowych. Banki, domy maklerskie, fundusze, zakłady ubezpieczeń i dobrowolne fundusze emerytalne mają prowadzić OKI i raportować dane. Obywatel ma widzieć rozliczenie w e-Urzędzie Skarbowym, podobnie jak przy usługach opartych na automatycznie przygotowanych danych podatkowych.
Trzeci element to państwowy rachunek korzyści. Rząd liczy, że preferencja podatkowa zmniejszy część wpływów budżetowych, ale pobudzi oszczędzanie, inwestowanie i płynność GPW. OSR pokazuje koszty fiskalne: 21 mln zł w 2026 r. na stworzenie i rozwój usługi w e-Urzędzie Skarbowym, a następnie ujemne skutki dla sektora finansów publicznych szacowane m.in. na 516 mln zł w 2027 r., 77 mln zł w 2028 r., 1,119 mld zł w 2029 r. i 1,168 mld zł w 2030 r.
Czwarty element to ryzyko przeniesione na obywatela. Państwo może stworzyć zachętę, ale nie zdejmie z inwestora ryzyka rynkowego. Konto inwestycyjne nie jest gwarancją zysku. Jeżeli komunikacja publiczna będzie mówiła głównie o „braku Belki”, a słabiej o zmienności rynku, kosztach produktów, horyzoncie inwestycyjnym i ryzyku straty, powstanie niebezpieczne uproszczenie.
Pierwsza technika to półprawda pod hasłem powszechności. Komunikat „każdy będzie mógł skorzystać” jest formalnie prawdziwy, ale społecznie niepełny. Dostęp do instrumentu to nie to samo, co zdolność korzystania z preferencji. Obywatel bez wolnych 25 tys. zł, a tym bardziej bez 100 tys. zł, może mieć konto, lecz nie skorzysta z pełnej skali ulgi. To mechanizm znany z wielu polityk publicznych: równość wejścia bywa mylona z równością realnej korzyści.
Druga technika to efekt pozytywnego kadru. OKI są opowiadane przez słowa: dobrowolność, bezpłatność, inwestowanie, rozwój, oszczędzanie, silnik wzrostu. Każde z nich ma dodatni ładunek. Problem zaczyna się wtedy, gdy z kadru wypadają pytania o koszt dla finansów publicznych, podatników bez nadwyżek, ryzyko inwestycyjne, opłaty za produkty finansowe poza podstawowymi czynnościami i jakość edukacji finansowej.
Trzecia technika to uproszczenie podatkowe. Hasło „bez podatku Belki” jest politycznie nośne, ale projekt tworzy nowy podatek od wartości aktywów po przekroczeniu limitów. Dla części inwestorów może to być korzystne, ale obywatel powinien usłyszeć pełne zdanie: nie chodzi o całkowite zniknięcie podatku, tylko o zmianę sposobu opodatkowania i wprowadzenie limitowanej preferencji.
Czwarta technika to przeniesienie odpowiedzialności na język nowoczesności. Jeżeli coś jest w e-Urzędzie Skarbowym i ma działać automatycznie, brzmi prosto. Ale automatyzacja nie zawsze oznacza zrozumiałość. Kto nie rozumie różnicy między aktywem oszczędnościowym i inwestycyjnym, średnią wartością aktywów, limitem zwolnienia i podatkiem od wartości portfela, może poczuć, że państwo załatwiło wszystko za niego. W finansach to szczególnie ryzykowna iluzja.
Jak rozpoznać podobną narrację? Trzeba pytać: kto ma realne zasoby, żeby skorzystać; kto ponosi ryzyko; jaki jest koszt dla budżetu; czy państwo mówi o pełnym mechanizmie, czy tylko o najładniejszym fragmencie; oraz czy obietnica „dla każdego” nie oznacza w praktyce „najbardziej dla tych, którzy już są przygotowani”.
Dla obywatela OKI mogą być szansą, ale nie powinny być sprzedawane jak prosty prezent od państwa. To narzędzie, które może pomóc w budowaniu kapitału, jeśli ktoś ma nadwyżki, rozumie ryzyko, potrafi wybrać produkty i nie myli inwestowania z gwarantowanym zyskiem. Dla części rodzin najważniejszym problemem nie jest brak konta inwestycyjnego, lecz brak pieniędzy, które można na nim ulokować.
Dla państwa ważne jest coś jeszcze: uczciwość komunikacji finansowej. Jeżeli rząd chce budować kulturę inwestowania, musi mówić ludziom nie tylko, ile podatku mogą nie zapłacić, ale też kiedy mogą stracić, jak działa podatek od wartości aktywów i co oznacza różnica między oszczędzaniem a inwestowaniem. Bez tego państwo nie edukuje obywatela, tylko zachęca go do wejścia w bardziej złożony produkt pod prostym hasłem.
OKI wpisują się w europejską debatę o Unii Oszczędności i Inwestycji oraz w problem słabości europejskich rynków kapitałowych wobec USA. To nie jest wyłącznie polski pomysł znikąd. Projekt odwołuje się do szwedzkiego modelu ISK, włoskich PIR i francuskiego PEA. Różnica polega jednak na tym, że przeniesienie wzoru z innego kraju nigdy nie jest prostą kopiarką. Polska ma własną strukturę dochodów, poziom zaufania do instytucji, doświadczenia z rynkiem finansowym i skalę oszczędności.
Jeżeli OKI mają być czymś więcej niż preferencją dla lepiej sytuowanych, państwo powinno połączyć je z szeroką edukacją finansową, prostym porównywaniem kosztów produktów, ostrzeżeniami o ryzyku oraz monitoringiem, kto naprawdę korzysta z instrumentu. Bez tego po kilku latach może się okazać, że państwo dopłaciło ulgą do inwestowania grupie, która i tak inwestowałaby najchętniej.
Moim zdaniem OKI to projekt gospodarczo poważny, ale komunikacyjnie zbyt łatwo sprzedawany jako uniwersalna korzyść. Państwo ma prawo szukać sposobów na uruchomienie oszczędności Polaków. Ma też prawo wzmacniać GPW, jeżeli robi to przejrzyście i z poszanowaniem ryzyka ponoszonego przez inwestora. Problem zaczyna się tam, gdzie język ulgi przykrywa fakt, że to obywatel bierze na siebie zmienność rynku.
Największa wartość projektu polega na tym, że wreszcie mówi o oszczędzaniu jako o polityce publicznej, a nie prywatnym hobby ludzi z nadwyżką. Największa słabość polega na tym, że ulga podatkowa nie odpowiada na najtwardszą przyczynę braku oszczędności: niskie dochody. Konto nie stworzy pieniędzy w portfelu. Może jedynie lepiej zorganizować pieniądze, które już tam są.
Dlatego ten projekt wymaga mocnego publicznego nadzoru nad przekazem. OKI nie mogą stać się reklamą inwestowania pod państwowym herbem. Powinny być narzędziem: z limitem, instrukcją obsługi, ostrzeżeniem i jasnym rozliczeniem, kto zyskał, ile kosztowało to budżet i czy 74 mld zł na GPW było realnym efektem, czy tylko eleganckim wykresem w OSR.
W dalszych pracach sejmowych kluczowe będą trzy obszary: zakres instytucji mogących oferować OKI, sposób rozliczania podatku od wartości aktywów oraz prostota informacji dla obywatela. Branża finansowa będzie patrzyła na obowiązki raportowe i koszty wdrożenia. Obywatele powinni patrzeć na to, czy produkt jest zrozumiały, czy opłaty nie zostaną przeniesione gdzie indziej i czy państwo nie obiecuje więcej, niż daje projekt.
Najbardziej potrzebny byłby obowiązek regularnego raportowania efektów: liczby kont, struktury posiadaczy, przeciętnej wartości aktywów, kosztu fiskalnego, napływu środków na GPW i udziału osób, które wcześniej w ogóle nie inwestowały. Bez takiej ewaluacji rząd będzie mógł pokazywać sukces liczony liczbą otwartych kont, nawet jeśli realna korzyść skoncentruje się w wąskiej grupie.
OKI mogą być mostem od oszczędzania do inwestowania. Ale most zbudowany z ulgi podatkowej prowadzi najpierw do tych, którzy już stoją po stronie kapitału.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Prostszy rachunek za prąd, trudniejszy rachunek za władzę. Deregulacja energetyki pod lupą.
Rządowy projekt deregulacji energetyki UDER92 obiecuje prostsze rachunki, mniej papieru i szybszą obsługę odbiorcy. W druku sejmowym 2578 widać jednak coś więcej niż kosmetykę: elektroniczna korespondencja ma stać się regułą dla nowych umów, taryfy ciepła mają dostać nowe mechanizmy kosztowe, a część relacji biznesowych w ciepłownictwie ma wypaść spod obowiązku koncesji albo zatwierdzania taryf przez URE.


Strefy miały ciągnąć rozwój. Rządowy raport pokazuje mniej kapitału, mniej etatów i mniej złudzeń.
Do Sejmu trafiła rządowa informacja o specjalnych strefach ekonomicznych za 2025 r. Dokument nie daje paliwa do triumfalnej opowieści o inwestycyjnym sukcesie: skumulowana wartość kapitału spadła o 2,87 mld zł, zatrudnienie zmniejszyło się o 12,2 tys. osób, a liczba nowych miejsc pracy skurczyła się o ponad 7,1 tys. etatów. To nie jest drobny przypis, lecz sygnał, że instrument chwalony jako filar rozwoju wyraźnie traci siłę.


Susza nie czeka na polisę. Rząd poprawia dopłaty, ale rolnik nadal musi czytać drobny druk.
Sejmowy druk nr 2581 pokazuje rządową próbę naprawy systemu dopłat do ubezpieczeń upraw: stawka pomocy ma sięgać 65 proc. składki, a część limitów zostaje uproszczona. Problem w tym, że ochrona przed suszą nadal jest wpisana w katalog warunków, wyjątków i budżetowych sufitów. Rolnik dostaje lepsze narzędzie, ale nie dostaje pewności, że państwo naprawdę bierze na siebie ryzyko klimatu.


Zakaz sprzedaży ziemi państwowej do 2036: ochrona rolników czy zamrożenie decyzji na dekadę?
Rząd przyjął projekt przedłużający zakaz sprzedaży nieruchomości z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa o kolejne 10 lat, do 30 kwietnia 2036 r. Priorytetem ma być dzierżawa jako podstawowa forma korzystania z gruntów.