Alkohol między sklepem a ekranem. Projekt, który sprawdzi państwo z egzekwowania własnych zakazów.
Sejmowe druki 2007 i 2010 wracają do jednego z najczulszych sporów społecznych: jak ograniczać alkohol, nie udając przy tym, że sama ustawa rozwiąże problem uzależnień. W dokumentach są zakaz reklamy, ograniczenia sprzedaży nocnej, sprzedaż internetowa tylko z odbiorem osobistym, weryfikacja wieku, stacje paliw i pieniądze na profilaktykę. Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: kto to wszystko realnie skontroluje?

To nie jest spór o to, czy alkohol szkodzi, bo dokumenty i dane publiczne pokazują skalę kosztów. To jest spór o to, czy państwo potrafi przełożyć diagnozę zdrowia publicznego na prawo, które będzie wykonalne, spójne i odporne na obchodzenie przez marketing, handel oraz lokalną politykę.
W Sejmie procedowane są dwa poselskie projekty dotyczące ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Druk nr 2007 zmienia również ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, a druk nr 2010 dodatkowo dotyka ustawy o radiofonii i telewizji. Oba projekty wpłynęły do Sejmu 21 listopada 2025 r., pierwsze czytanie odbyło się 23 stycznia 2026 r., a następnie sprawą zajmowała się Komisja Zdrowia i podkomisja nadzwyczajna. W praktyce są to dwa różne sposoby wejścia w tę samą przestrzeń. Pierwszy projekt mocniej układa system dostępności: godziny sprzedaży, stacje paliw, sprzedaż internetową, minimalny próg ceny związany z akcyzą i VAT oraz finansowanie profilaktyki. Drugi projekt mocniej uderza w komunikację i rynek: reklamę, promocję, opakowania, piwo bezalkoholowe kojarzone z marką alkoholową, opłaty za zezwolenia oraz uprawnienia gmin. Jeżeli czytać te projekty razem, powstaje pełny obraz: państwo chce regulować alkohol przez portfel, zegar i ekran. Portfel, bo cena ma przestać być narzędziem agresywnej promocji. Zegar, bo nocna sprzedaż ma zostać ograniczona. Ekran, bo reklama ma przestać normalizować alkohol jako zwykły element relaksu, sportu i życia towarzyskiego.
Formalnie projektami zajmuje się Sejm X kadencji, Komisja Zdrowia i podkomisja powołana do rozpatrzenia druków 2007 i 2010. Po stronie projektodawców w druku 2007 jako reprezentantkę wskazano posłankę Joannę Wichę, a w druku 2010 posłankę Wioletę Tomczak. W sprawie pojawiają się też Ministerstwo Zdrowia, Narodowy Fundusz Zdrowia, gminy, przedsiębiorcy prowadzący sprzedaż alkoholu, branża reklamowa, media, sklepy, stacje paliw oraz konsumenci. Najważniejszą grupą, której w dokumentach poświęcono dużo miejsca, są dzieci i młodzież. Nie chodzi wyłącznie o klasyczny zakaz sprzedaży nieletnim. Chodzi o bardziej podstępny mechanizm: oswajanie z marką, opakowaniem, reklamą, promocją i stylem życia, zanim młody człowiek formalnie osiągnie wiek pozwalający na zakup alkoholu.
Druk 2007 przewiduje m.in. całkowity zakaz reklamy i promocji wszystkich napojów alkoholowych, w tym piwa, zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw i w zakładach leczniczych, ogólnokrajowy zakaz sprzedaży napojów alkoholowych przeznaczonych do spożycia poza miejscem sprzedaży między 22:00 a 6:00, obowiązek weryfikacji wieku oraz zasadę, że sprzedaż na odległość ma być możliwa wyłącznie z odbiorem osobistym i sprawdzeniem tożsamości. Projekt zakłada też zakaz sprzedaży alkoholu poniżej sumy należnego podatku akcyzowego i VAT.
W tym samym projekcie pojawia się konkret finansowy: 22 mln zł rocznie z Funduszu Zdrowia Publicznego na Fundusz Zajęć Sportowych dla Uczniów. Dokument wskazuje również, że nie da się wiarygodnie oszacować ex ante części skutków fiskalnych, w tym wpływu zmian na akcyzę i VAT, bo brakuje danych pozwalających oddzielić efekt samej nowelizacji od innych czynników rynkowych.
Druk 2010 idzie w stronę reklamy i promocji. Projekt rozszerza zakaz reklamy na napoje alkoholowe i bezalkoholowe, jeżeli wykorzystują podobieństwo do marek alkoholowych. W uzasadnieniu pojawiają się argumenty o reklamie piwa, piwie bezalkoholowym, promocjach typu „12+12”, loteriach, opakowaniach przypominających produkty spożywcze dla dzieci oraz podniesieniu opłat za zezwolenia na handel detaliczny alkoholem.
Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, powołując się na dane GUS, podało, że w 2024 r. spożycie wyniosło 8,8 litra 100-procentowego alkoholu w przeliczeniu na jednego mieszkańca. To mniej niż w poprzednich latach, ale ten spadek nie unieważnia problemu. KCPU wskazuje też w materiałach informacyjnych na szacunek kosztów społeczno-ekonomicznych spożywania alkoholu w Polsce na poziomie 93,3 mld zł. Z kolei raport KCPU o dostępności czasowej alkoholu pokazuje, że w 2021 r. funkcjonowało 123 345 punktów sprzedaży napojów alkoholowych, czyli średnio jeden punkt na 299 mieszkańców.
Pierwsza niespójność jest techniczna, ale ważna. Druk 2007 przewidywał wejście większości ustawy w życie 1 stycznia 2026 r., a przepisu dotyczącego minimalnego progu ceny od 1 stycznia 2027 r. Skoro prace parlamentarne trwają już po tej pierwszej dacie, harmonogram wymaga korekty. To nie jest drobiazg redakcyjny. W legislacji data wejścia w życie nie jest ozdobą. To moment, od którego obywatel, przedsiębiorca, gmina i organ kontroli mają wiedzieć, jakie reguły obowiązują. Druga niespójność dotyczy języka debaty. Wystarczy powiedzieć „zakaz alkoholu”, żeby spłaszczyć sprawę do konfliktu obyczajowego. Ale projekty nie są jednym zakazem. To cały zestaw instrumentów: godziny, miejsca, cena, reklama, internet, opakowania, gminy, opłaty, profilaktyka, sankcje i koszty. Kto sprowadza to wyłącznie do wolności zakupu po 22:00, wygodnie omija pytanie o młodzież, marketing i koszty publiczne.
Trzecia niespójność jest polityczna: państwo chętnie mówi o ochronie zdrowia, ale jednocześnie musi przyznać, że część skutków finansowych nie została wiarygodnie oszacowana. To uczciwsze niż udawanie pełnej wiedzy, lecz rodzi obowiązek: jeżeli nie znamy dokładnego bilansu, trzeba w ustawie zbudować twardy system monitorowania skutków po wejściu przepisów w życie. Bez tego zakaz może stać się publicystycznym gestem zamiast narzędziem polityki zdrowotnej.
Mechanizm projektów jest czytelny. Najpierw ustawodawca wskazuje problem: alkohol jest łatwo dostępny, silnie promowany i społecznie oswojony. Następnie dobiera trzy główne narzędzia ograniczenia. Portfel oznacza próbę przecięcia najprostszej zachęty zakupowej: promocji cenowej. Zakaz sprzedaży poniżej sumy akcyzy i VAT oraz zakazy promocji mają ograniczyć model, w którym alkohol sprzedaje się impulsowo, pakietowo i tanio. To uderza w logikę sklepu, gdzie konsument nie zawsze przychodzi po alkohol, ale może go kupić, bo cena, ekspozycja i promocja tworzą impuls.
Zegar oznacza ograniczenie nocnej dostępności. Druk 2007 proponuje ogólnopolski zakaz sprzedaży alkoholu na wynos między 22:00 a 6:00. Druk 2010 wzmacnia kompetencje gmin, dając im możliwość szerszego kształtowania lokalnych godzin ograniczeń. W praktyce konflikt przechodzi z poziomu moralnego na administracyjny: kto ma pilnować zakazu, jak reagować na obchodzenie przepisów, czy ograniczenie w jednej gminie nie przesunie zakupów do sąsiedniej i czy mieszkańcy zobaczą realną poprawę bezpieczeństwa.
Ekran oznacza reklamę. Tu stawką nie jest tylko spot telewizyjny. Stawką jest świat skojarzeń: sport, odpoczynek, sukces, spotkanie towarzyskie, wakacje, styl życia. Druk 2010 próbuje przeciąć również mechanizm zastępczy, czyli reklamowanie napojów bezalkoholowych tak podobnych do marek alkoholowych, że w odbiorze konsumenta pracują na ten sam znak, kolor i emocję. Na końcu pojawia się kontrola. To najsłabsze ogniwo każdego ambitnego prawa. Sprzedawca ma weryfikować wiek. Gmina ma kształtować lokalną politykę. Organy państwa mają reagować na reklamę, promocję, sprzedaż internetową, opakowania i handel nocny. Jeśli te role nie zostaną doprecyzowane operacyjnie, ustawa może wyglądać mocno na papierze, a działać nierówno w praktyce.
Pierwsza technika to fałszywa alternatywa. Debata może zostać sprowadzona do hasła: albo wolny rynek, albo prohibicja. To wygodne, ale nieprawdziwe uproszczenie. Projekty nie wprowadzają całkowitego zakazu alkoholu. One próbują ograniczyć wybrane kanały dostępności i promocji. Obywatel może jednak usłyszeć prosty komunikat: „zabierają ci wolność”. Taki przekaz działa emocjonalnie, bo przenosi uwagę z kosztów społecznych na osobiste poczucie ograniczenia.
Druga technika to selektywne liczenie kosztów. Branża i jej obrońcy mogą mówić o stratach sklepów, stacji paliw, mediów i samorządów. To są realne elementy bilansu i nie wolno ich lekceważyć. Manipulacja zaczyna się wtedy, gdy z rachunku znika druga strona: leczenie uzależnień, przemoc domowa, interwencje służb, wypadki, absencje, rozbite rodziny i koszty dla systemu zdrowia. KCPU wskazuje szacunek 93,3 mld zł kosztów społeczno-ekonomicznych. Nawet jeżeli szczegółowa metodologia wymaga dyskusji, skala problemu wyklucza udawanie, że mówimy tylko o przychodach z handlu.
Trzecia technika to eufemizacja przez język urzędowy. „Ograniczenie dostępności” brzmi spokojnie i technicznie. W praktyce oznacza konflikt przy kasie, spór o dowód osobisty, zamkniętą sprzedaż nocną, zakaz na stacji paliw, utratę części przychodów i nowe obowiązki kontrolne. Dobra legislacja musi nazywać te skutki po imieniu, bo inaczej obywatel dostaje opakowanie bez zawartości.
Czwarta technika to ukrycie egzekucji za deklaracją. Politycznie łatwo powiedzieć: reklama będzie zakazana, wiek będzie sprawdzany, sprzedaż internetowa będzie uporządkowana. Trudniej odpowiedzieć: kto ma wykrywać obejścia, jak szybko reagować, jakie dane publikować, które instytucje będą odpowiedzialne i jak sprawdzić po roku, czy prawo zmniejszyło szkody, czy tylko przeniosło sprzedaż do innych kanałów.
Jak rozpoznać podobną manipulację w przyszłości? Trzeba pytać nie o samą intencję, lecz o wykonanie. Nie „czy zakaz brzmi słusznie?”, tylko: kto go egzekwuje, ile to kosztuje, jakie są sankcje, jakie dane będą publikowane, jakie wyjątki zostawiono i komu one służą. W polityce zdrowia publicznego piękne hasło bez systemu kontroli jest jak zamknięta apteczka na ścianie: wygląda odpowiedzialnie, ale w kryzysie niewiele daje.
Dla obywatela ta sprawa jest ważna z trzech powodów. Po pierwsze, alkohol nie jest zwykłym produktem jak cukierek przy kasie. Państwo legalnie dopuszcza jego sprzedaż, ale jednocześnie ponosi koszty zdrowotne, społeczne i bezpieczeństwa. Po drugie, regulacja dotknie codziennego życia: zakupów, reklam, pracy sklepów, decyzji gmin i sposobu działania stacji paliw. Po trzecie, od jakości tej ustawy zależy, czy profilaktyka będzie realnym narzędziem, czy tylko uzasadnieniem dla kolejnego zakazu.
Najbardziej praktyczne pytanie brzmi: czy obywatel ma dostać prawo, które działa równo, czy prawo, które zależy od miejsca zamieszkania, siły lokalnego handlu i determinacji urzędników. Jeżeli zakaz nocny będzie egzekwowany wybiórczo, jeśli reklama przeniesie się do trudniej kontrolowanych kanałów, a sprzedaż internetowa znajdzie furtki, zaufanie do państwa znowu zapłaci cenę za polityczną efektowność.
Moim zdaniem ten temat jest mocny nie dlatego, że pozwala łatwo opowiedzieć historię o „zakazywaniu alkoholu”. Jest mocny, bo pokazuje klasyczny test sprawności państwa. Władza ma w ręku argumenty zdrowotne, dane o kosztach, rekomendacje międzynarodowe i konkretne projekty ustaw. Ale to dopiero połowa pracy. Druga połowa zaczyna się tam, gdzie kończy się konferencja: w sklepie, w gminie, w reklamie, w internecie, w policyjnej statystyce i w budżecie NFZ.
Największym ryzykiem nie jest sama regulacja. Największym ryzykiem jest prawo napisane pod dobrą intencję, ale bez twardej mapy wykonania. Jeśli państwo chce ograniczać reklamę alkoholu, musi wiedzieć, jak poradzi sobie z reklamą pośrednią i markami 0%. Jeśli chce zamknąć sprzedaż nocną, musi przewidzieć skutki dla małych sklepów, turystyki, sąsiednich gmin i szarej strefy. Jeśli chce opierać profilaktykę na pieniądzach publicznych, musi pokazać, jak mierzy jej efekty.
W tej sprawie nie wolno też przyjąć wygodnej pozycji moralnego sędziego. Ustawa alkoholowa nie jest kazaniem. Jest instrumentem administracyjnym. A instrument administracyjny ocenia się po tym, czy działa, czy jest proporcjonalny, czy można go skontrolować i czy nie tworzy więcej fikcji niż porządku. Z tego punktu widzenia druki 2007 i 2010 są ważne, ale wymagają bardzo precyzyjnej obróbki legislacyjnej.
Dalej możliwe są trzy scenariusze. Pierwszy: projekty zostaną połączone lub znacząco zmienione w pracach komisji, bo zakresy obu ustaw częściowo się nakładają. Drugi: z projektów zostanie wyjęta część najbardziej konfliktowa, np. reklama albo sprzedaż na stacjach paliw, a reszta zostanie przedstawiona jako kompromis. Trzeci: sprawa ugrzęźnie w sporze branżowym, samorządowym i wolnościowym, a politycy będą mogli powiedzieć, że chcieli dobrze, ale „nie było zgody”.
Najbardziej uczciwy dalszy krok powinien być inny: poprawa dat wejścia w życie, dopisanie mechanizmu ewaluacji po roku i po trzech latach, jasne wskazanie organów odpowiedzialnych za kontrolę reklamy i sprzedaży internetowej oraz publikowanie danych o skutkach ograniczeń. Bez tego obywatel dostanie ustawę, która dużo obiecuje, ale za mało rozlicza wykonawców.
W polityce alkoholowej nie wystarczy zakręcić kurek na papierze. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy państwo potrafi zobaczyć, którędy alkohol dalej płynie.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Bilet, plan i budżet ponad gminami. Metropolia pomorska jako test nowej samorządowej władzy.
Rządowy projekt ustawy o związku metropolitalnym w województwie pomorskim ma dać Gdańskowi, Gdyni, Sopotowi i okolicznym samorządom narzędzie do wspólnego zarządzania transportem, przestrzenią i częścią inwestycji. Problem polega na tym, że pod eleganckim hasłem integracji powstaje nowy poziom realnej władzy: z własnym zarządem, urzędem, budżetem i kompetencjami, które dla obywatela mogą okazać się trudniejsze do skontrolowania niż decyzje jednej gminy.


Opieka domowa według standardu. Państwo obiecuje jakość, ale rachunek zostawia gminom.
Sejmowy druk 2611 przesuwa projekt zmian w pomocy społecznej na kolejny etap: usługi opiekuńcze w domu mają być świadczone według jednolitego standardu, a gminy mają je monitorować i oceniać. W dokumentach padają konkretne liczby: 2479 gmin, 2497 OPS i CUS, 111 537 osób korzystających z usług oraz 5994 pracowników wykonujących opiekę. Problem w tym, że państwo mówi o jakości, a w ocenie skutków regulacji nie pokazuje nowych pieniędzy.


Doradca zniknął z listy, rolnik został z wnioskiem. UD253 pokazuje, jak procedura potrafi odciąć ludzi od pomocy.
Projekt UD253 trafił 28 maja 2026 r. na Stały Komitet Rady Ministrów i dotyczy sprawy, która brzmi technicznie tylko do pierwszego terminu w ARiMR. Rząd przyznaje, że duża liczba doradców rolniczych i ekspertów przyrodniczych została skreślona z list, często z powodów losowych: choroby, zwolnienia, urlopu macierzyńskiego albo niedotrzymania formalnego terminu. Skutek jest praktyczny: rolnik może mieć prawo do instrumentu WPR, ale problem ze znalezieniem osoby, która pomoże mu przejść przez dokumentację.


Małe NGO kontra wielkie fundusze. Uproszczenie, które przesuwa kontrolę nad pieniędzmi społeczeństwa obywatelskiego.
Rządowy druk 2597 wygląda jak pakiet dobrych wiadomości dla trzeciego sektora: mniej obowiązkowego wkładu finansowego, wyższe limity małych dotacji i prostsze sprawozdania dla części OPP. Ale w tym samym projekcie znika Fundusz Wspierania Organizacji Pożytku Publicznego, a środki i decyzje dotyczące pieniędzy z 1,5% PIT mają przejść do szerszego funduszu zarządzanego przez Przewodniczącego Komitetu do spraw Pożytku Publicznego. To już nie jest tylko deregulacja. To zmiana mapy wpływu na pieniądze społeczeństwa obywatelskiego.