sobota, 23 maja 2026
Polska·Wiadomość

Odpolitycznienie? Dwa lata później dokumenty pokazują więcej pytań niż odpowiedzi.

Hasło było proste: po latach partyjnej telewizji mają wrócić media publiczne, a z nimi niezależność, wiarygodność i przejrzystość. Dwa lata później Telewizja Polska nadal działa w likwidacji, rząd dopiero konsultuje ustawę mającą media odpolitycznić, a KRRiT opisuje stan znacznie mniej czysty od zapowiedzi: kara 145,2 tys. zł dla likwidatora TVP za nieudzielenie informacji, odmowa przyjęcia sprawozdania z misji za 2024 r. oraz 78 proc. czasu antenowego TVP dla partii rządzących w 2025 r. To tak, jakby po obietnicy wymiany zamka gospodarz dwa lata później wciąż pokazywał projekt nowych drzwi, podczas gdy lokatorzy kłócą się, kto ma klucz i kto nie oddał rachunków.

21 maja 2026 22:17 · 1 min czytania

Co pokazują dokumenty? Punktem wyjścia nie jest nostalgia za dawną TVP ani automatyczna wiara w każdą ocenę obecnej KRRiT. Punktem wyjścia są dokumenty wydane przez instytucje państwa. 27 grudnia 2023 r. minister kultury zdecydował o postawieniu spółek mediów publicznych w stan likwidacji. 9 kwietnia 2024 r. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że sąd rejestrowy wpisał likwidację TVP do KRS i że jedynym organem uprawnionym do zarządzania spółką jest likwidator Daniel Gorgosz. To jest stan formalny, z którego wyrasta cały późniejszy spór. Równolegle rząd deklarował, że celem jest odpolitycznienie. W październiku 2025 r. MKiDN przedstawiło wyniki audytu TVP i zapowiedziało nową ustawę medialną, której filarami mają być gwarancje niezależności władz, stabilne finansowanie i ograniczenie wpływu zewnętrznego. W grudniu 2025 r. resort rozpoczął konsultacje publiczne projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. To ważne, bo samo ministerstwo przyznało w praktyce, że gwarancje mają dopiero zostać wprowadzone ustawowo; obecny model po dwóch latach nadal był rozwiązaniem przejściowym. Tymczasem już w pierwszych miesiącach nowego układu pojawił się problem z elementarną przejrzystością. 25 marca 2024 r. KRRiT poinformowała o nałożeniu na likwidatora TVP kary 145,2 tys. zł za nieudzielenie informacji żądanych przez przewodniczącego Rady. Chodziło m.in. o koszty wynagrodzeń osób realizujących misję publiczną, koszty tworzenia i rozpowszechniania programu oraz dane finansowe za listopad i grudzień 2023 r. To nie był spór o gust telewidza, lecz o informacje związane z wydawaniem pieniędzy publicznych. Kolejny sygnał pojawił się przy ocenie rocznych sprawozdań z realizacji misji publicznej. 27 czerwca 2025 r. KRRiT odmówiła przyjęcia sprawozdań dziewięciu spółek mediów publicznych za 2024 r., w tym TVP S.A. i Polskiego Radia S.A. Powodem były odstępstwa od realizacji zaleceń z poprzednich uchwał. W przypadku Polskiego Radia regulator wskazał dodatkowo nieprawidłowe rozliczenie nadwyżki z 2023 r.: wykazano 6,877 mln zł, podczas gdy pełna nadwyżka wynosiła 48,614 mln zł. Najbardziej politycznie drażliwy jest jednak rozkład czasu antenowego. Według danych KRRiT opartych na raportach przekazanych przez same spółki, w 2024 r. media publiczne wyraźnie częściej prezentowały partie koalicji rządzącej niż opozycję. W 2025 r. średni udział partii rządzących we wszystkich mediach publicznych wyniósł 62 proc., a opozycji 38 proc.; w TVP proporcja była znacznie bardziej nierówna - 78 do 22. W 2024 r. dla samej TVP proporcja miała wynosić 84 do 16. Nie dowodzi to jeszcze propagandy w sensie prawnym, ale bardzo utrudnia obronę tezy, że partyjność została po prostu wyjęta z gniazdka. Do tego dochodzi wynik oglądalności. KRRiT, powołując się na dane telemetryczne, podała, że na koniec 2024 r. TVP Info miała ponad 70 proc. mniej widzów niż w 2023 r., a w listopadzie 2025 r. nadal 73 proc. mniej niż dwa lata wcześniej. Program '19.30' w 2024 r. oglądało średnio od 700 do ponad 900 tys. osób mniej niż wcześniejsze 'Wiadomości', a w listopadzie 2025 r. miał ponad połowę widowni mniej niż 'Wiadomości' w listopadzie 2023 r. Sama utrata widowni nie przesądza, czy zmiana była słuszna, ale pokazuje, że nowy model nie przywrócił automatycznie dawnej siły publicznego nadawcy. Rząd ma własną odpowiedź. W październiku 2025 r. MKiDN podkreślało efekty audytu, redukcję etatów kadry kierowniczej, spadek liczby umów cywilnoprawnych z 337 do 28, oszczędności w ośrodkach regionalnych oraz potrzebę ustawowej reformy. Tę część obrazu trzeba uczciwie odnotować. Jednak właśnie ona wzmacnia centralne pytanie reportażu: skoro dwa lata po przejęciu nadal potrzebna jest ustawa, która dopiero ma odpolitycznić media publiczne, to co dokładnie obowiązywało w okresie między hasłem a projektem? Gdzie pojawia się luka? Pierwsza luka biegnie między decyzją polityczną a trwałym porządkiem prawnym. Likwidacja była narzędziem natychmiastowym. Reforma ustawy medialnej - narzędziem dopiero projektowanym. Obywatel widział więc szybkie przejęcie steru, a znacznie wolniejsze budowanie nowych reguł gry. To przypomina remont mostu, w którym najpierw zdejmuje się stare barierki, a dopiero po dwóch sezonach publikuje projekt nowych. Druga luka dotyczy transparentności. Jeśli organ nadzorujący pyta o koszty misji publicznej, a osoba kierująca spółką odmawia udzielenia danych i zostaje za to ukarana, trudno mówić o wzorcu jawności. Można spierać się o polityczny kontekst KRRiT, ale nie zmienia to faktu, że pytania dotyczyły wynagrodzeń i kosztów finansowanych z pieniędzy publicznych. Media publiczne, które chcą odbudować wiarygodność, powinny na takie pytania odpowiadać szybciej niż komercyjna spółka na wezwanie audytora. Trzecia luka jest narracyjna. Rząd mówi o odpolitycznieniu, lecz regulator pokazuje, że udział partii rządzących w czasie antenowym TVP pozostaje wyraźnie większy niż opozycji. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że władza pojawia się w mediach częściej, bo rząd podejmuje decyzje i organizuje życie publiczne. Ale różnica 78 do 22 nie jest drobnym przechyłem stołu; to stół ustawiony pod kątem, na którym kubki same zsuwają się w jedną stronę. Czwarta luka dotyczy rozliczalności misji. KRRiT odmówiła przyjęcia sprawozdań dziewięciu spółek za 2024 r., w tym TVP. Jeżeli spółki utrzymujące, że wykonują misję publiczną, nie potrafią przejść oceny dokumentu opisującego właśnie tę misję, to trudno uznać, że problem ogranicza się do retoryki politycznej. To jest pęknięcie w samym sercu modelu. Piąta luka jest bardzo ludzka i dlatego politycznie niewygodna. Widz po latach poprzedniego układu miał otrzymać nie tylko inny skład prezenterów, ale lepszą instytucję. Tymczasem dostał równolegle: konflikt prawny, spadek oglądalności, nowy projekt ustawy po dwóch latach oraz kolejne oficjalne raporty mówiące, że stary problem dominacji partii rządzących nie zniknął. Zmieniły się twarze przy stole, ale nie wszystkie nawyki gospodarza. Kto zyskuje, kto płaci? Najbardziej oczywistym beneficjentem takiego układu jest władza wykonawcza. Jeżeli partie rządzące otrzymują w największym publicznym nadawcy wyraźnie więcej czasu niż opozycja, zyskują większą częstotliwość obecności, a więc i większą możliwość ustawiania agendy dnia. To nie jest jeszcze dowód bezprawnego sterowania przekazem. To jest dowód nierównowagi, która politycznie premiuje rządzących. Zyskuje także sama administracja, jeśli okres przejściowy pozwala jej działać w modelu mniej ustabilizowanym niż docelowa reforma. Ustawa z gwarancjami niezależności oznaczałaby reguły, których nie da się tak łatwo naginać doraźnie. Stan likwidacji i równoległy spór instytucjonalny dają zaś dużo więcej pól interpretacji. W życiu publicznym interpretacja bywa walutą równie cenną jak budżet. Płaci widz. Płaci nie tylko abonamentem albo podatkiem, ale także utratą pewności, że media publiczne są rzeczywiście jego, a nie aktualnie rządzących. Gdy jedna ekipa mówiła, że telewizja ma być narodowa, druga odpowiadała, że ma być publiczna. Jeśli po zmianie proporcje antenowe nadal sprzyjają władzy, obywatel ma prawo zapytać, czy nie dostał po prostu innego koloru tej samej zasłony. Płaci też wiarygodność samego państwa. Rząd, który obiecuje naprawę instytucji, zużywa część własnego kapitału, gdy dwa lata później nadal tłumaczy, że prawdziwa naprawa dopiero nadejdzie wraz z ustawą. To jak restauracja, która po zmianie właściciela przez dwa lata serwuje klientom menu przejściowe i zapewnia, że właściwa kuchnia ruszy po remoncie zaplecza. Wreszcie płacą same media publiczne. Utrata widowni oznacza mniejszy wpływ społeczny, a każdy kolejny spór o legalność, sprawozdania czy dane finansowe jeszcze bardziej utrudnia odbudowę zaufania. Jeśli instytucja miała wyjść z partyjnego klinczu silniejsza, a wychodzi z niego słabsza rynkowo i nadal podejrzewana o stronniczość, to ktoś musi wyjaśnić, gdzie dokładnie odbyła się ta obiecana odnowa. Co jest faktem, a co wymaga dalszego sprawdzenia? Faktem jest, że TVP została wpisana do KRS jako spółka w likwidacji, a MKiDN wskazało Daniela Gorgosza jako jedyny uprawniony organ do zarządzania spółką. Faktem jest, że KRRiT nałożyła na niego karę 145,2 tys. zł za nieudzielenie informacji żądanych przez regulatora. Faktem jest również, że KRRiT odmówiła przyjęcia sprawozdania z realizacji misji publicznej TVP za 2024 r. Faktem jest, że według raportów przekazanych KRRiT w 2025 r. TVP przeznaczyła 78 proc. czasu antenowego dla partii rządzących i 22 proc. dla opozycji, a w 2024 r. proporcje wynosiły 84 do 16. Faktem jest też, że według danych telemetrycznych przywołanych przez KRRiT oglądalność TVP Info i programu '19.30' była w 2024 i 2025 r. wyraźnie niższa niż w porównywalnych okresach przed zmianą. Nie ma jednak podstaw, by pisać, że każdy materiał TVP po zmianie był propagandą albo że przewaga antenowa sama w sobie dowodzi ręcznego sterowania przez rząd. Nie ma też podstaw, by rozstrzygać w tekście spór prawny o cały proces likwidacji jako zamknięty, skoro instytucje państwa przedstawiają przeciwstawne oceny. Bezpieczna i prawdziwa teza brzmi inaczej: obecna władza obiecała odpolitycznienie, ale po dwóch latach dokumenty nadal pokazują liczne objawy, które nie pozwalają uznać tego celu za zrealizowany. Dalszego sprawdzenia wymaga pełny obraz finansowania mediów publicznych po 2023 r., w tym wszystkie dotacje celowe, przepływy z budżetu państwa, poziom wydatków na audycje misyjne oraz wynagrodzenia kierownictwa. Potrzebne są też pełne dane o czasie antenowym z rozbiciem na programy, okresy wyborcze i formaty audycji, a nie tylko agregaty roczne. Sprawdzenia wymaga również, co stanie się z projektem ustawy medialnej po konsultacjach publicznych i czy proponowane gwarancje rzeczywiście ograniczą wpływ polityków na organy spółek. Jeżeli rząd od dwóch lat tłumaczy, że prawdziwe odpolitycznienie jest dopiero przed nami, trzeba będzie zapytać, kto odpowiadał za standardy w czasie pomiędzy. Dlaczego zwykły obywatel powinien to zrozumieć? Bo media publiczne są jedną z tych instytucji, które obywatel finansuje nawet wtedy, gdy ich nie ogląda. Ich zadaniem nie jest tylko emitować seriale, lecz dostarczać wiarygodną informację, szczególnie w kryzysie, podczas wyborów i wtedy, gdy prywatny rynek ściga się raczej o uwagę niż o równowagę. Jeżeli publiczny nadawca ma być kolejnym łupem po zmianie władzy, obywatel płaci za pałac, do którego nie ma klucza. Bo propaganda nie zawsze zaczyna się od kłamstwa. Często zaczyna się od proporcji: jedni są częściej, drudzy rzadziej; jedni objaśniają świat, drudzy głównie się tłumaczą. Z czasem widz nie tyle dowiaduje się nieprawdy, ile przestaje oglądać pełny obraz. To działa jak lampa skierowana stale w jedną stronę sceny - dekoracja po drugiej stronie istnieje, tylko nikt jej nie widzi. Bo spór o media publiczne jest testem wiarygodności każdej władzy, która obiecuje odbudowę państwa prawa. Łatwo jest wskazać patologie poprzedników. Trudniej zbudować mechanizm, który ograniczy pokusę także własnym ludziom. Jeżeli po dwóch latach nadal potrzebna jest ustawa mająca dopiero zagwarantować niezależność, to obywatel ma prawo spytać, dlaczego wcześniej wystarczyła tylko polityczna decyzja. Bo brak przejrzystości w jednej instytucji szybko rozlewa się na inne. Jeżeli publiczny nadawca odmawia regulatorowi danych o pieniądzach na misję, to wysyła sygnał wszystkim jednostkom państwa, że transparentność jest negocjowalna. A gdy państwo zaczyna negocjować jawność, obywatel zwykle dowiaduje się o rachunku jako ostatni. I dlatego, że demokracja bez zaufania do wspólnych kanałów informacji przypomina miasto bez zegarów na dworcach. Każdy ma własny telefon, ale nikt nie jest pewien, czy wszyscy jadą według tej samej godziny. W takiej rzeczywistości nawet prawdziwa informacja szybciej zamienia się w podejrzenie.

Czytaj również

Słowenia: EPPO oskarża pięć firm o próbę wyłudzenia środków RRF. Ministerstwo zatrzymało wypłatę w ostatnim momencie

W Słowenii EPPO skierowała do sądu akt oskarżenia przeciw pięciu firmom i ich przedstawicielom w sprawie prób wyłudzenia środków z unijnego RRF. Według komunikatu z 12 maja 2026 r. chodzi o nabór dla pracodawców osób z niepełnosprawnościami, w którym kluczowe dokumenty miały potwierdzać kompetencje wykonawcy, choć w ocenie śledczych były fałszywe. Ministerstwo wychwyciło sygnał na czas i nie wypłaciło pieniędzy, ale sama konstrukcja pokazuje, jak blisko publiczne fundusze były nienależnej wypłaty.

22 maja 2026 · 2 min

400 mld zł poza głównym radarem budżetu? NIK ostrzega przed rozproszeniem finansów państwa.

Finanse publiczne bywają najgroźniejsze nie wtedy, gdy krzyczą z pierwszej strony ustawy, lecz wtedy, gdy trafiają na boczny rachunek. Analiza NIK wykonania budżetu za 2024 r. pokazuje, że ustawa budżetowa kolejny rok nie była pełnym obrazem państwowej kasy: wydatki 20 funduszy obsługiwanych przez BGK wyniosły 135,4 mld zł, czyli 16,2 proc. wydatków budżetu państwa. GUS podał, że deficyt sektora rządowego i samorządowego wyniósł 239,8 mld zł, a dług według metodologii UE przekroczył 2 bln zł. Różnica między długiem liczonym krajowo i unijnie to według NIK 400,2 mld zł. Formalnie to nie musi być nielegalne. Społecznie wygląda jednak jak druga karta kredytowa państwa: rachunek nie znika tylko dlatego, że leży w innej szufladzie.

21 maja 2026 · 1 min

625 jednoofertowych postępowań. Dokumenty mają odpowiedzieć dlaczego

Po miliardowych programach cyberbezpieczeństwa przyszedł czas na pytanie mniej efektowne, ale bardziej śledcze: kto faktycznie sprzedaje państwu cyberodporność. Z publicznego API BZP/e-Zamówienia pobraliśmy ogłoszenia wynikowe z lat 2024-2026 zwrócone dla fraz związanych z programami Cyberbezpieczny Samorząd i Cyberbezpieczne Wodociągi. W próbie znalazło się 2138 ogłoszeń wynikowych, z czego 1084 zakończyły się zawarciem umowy, a suma znanych wartości wyniosła 364,1 mln zł. Najbardziej zapala lampkę nie lista firm, lecz konkurencja: wśród ogłoszeń z podaną liczbą ofert 58,1 proc. miało tylko jedną ofertę. To nie dowód patologii. To zaproszenie do kontroli, zanim grantowy cennik stanie się nową normalnością.

21 maja 2026 · 1 min

Jednoofertowe przetargi w cybergrantach. Problem rynku czy konstrukcji zamówień?

Poprzednia analiza rynku cybergrantów pokazała problem konkurencji. Teraz zawężamy obraz do postępowań, w których po publiczne pieniądze zgłosił się tylko jeden oferent. W próbie BZP/e-Zamówienia obejmującej ogłoszenia wynikowe związane z programami Cyberbezpieczny Samorząd i Cyberbezpieczne Wodociągi znaleźliśmy 625 zawartych umów z jedną ofertą. Ich znana wartość to 244,36 mln zł, czyli 67,1 proc. wartości wszystkich umów w badanej próbie. Jedna oferta nie jest dowodem naruszenia prawa, ale przy zakupach cyberbezpieczeństwa jest sygnałem alarmowym: trzeba sprawdzić SWZ, terminy, pakietowanie, ceny i odbiory. Bo samotna oferta nie musi być podejrzana. Ale publiczne pieniądze nie powinny być samotne bez wyjaśnienia.

21 maja 2026 · 1 min