Patostreaming pod art. 255b. Państwo sięga po karę, bo internet sprzedaje upokorzenie.
Sejmowa komisja przedstawiła 27 maja 2026 r. projekt nowego art. 255b Kodeksu karnego, który ma uderzyć w publiczne rozpowszechnianie treści pokazujących przestępstwa, znęcanie się nad zwierzętami i poniżanie człowieka. To już nie jest spór o to, czy patostreaming jest obrzydliwy. Prawdziwe pytanie brzmi: czy państwo potrafi ukarać rynek przemocy w sieci tak, aby nie zamrozić reportażu, edukacji i debaty publicznej.

Sednem sprawy jest próba przeniesienia odpowiedzialności z samego aktu przemocy na jego internetową dystrybucję, monetyzację i budowanie zasięgu.
Do Sejmu trafiło sprawozdanie Komisji Nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach dotyczące dwóch poselskich projektów zmian w Kodeksie karnym: druków 2208 i 1613. Dokument ma datę 27 maja 2026 r. i zawiera wersję projektu ustawy. Komisja proponuje dodanie po art. 255a nowego art. 255b, czyli przepisu wymierzonego w publiczne rozpowszechnianie określonych treści za pośrednictwem sieci teleinformatycznej.
Klucz nie leży w słowie „patostreaming”, lecz w konstrukcji przepisu. Wersja komisji obejmuje treści przedstawiające popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą więzienia, znęcanie się nad zwierzęciem lub jego zabicie na gruncie ustawy o ochronie zwierząt oraz poniżające traktowanie innej osoby, nawet jeśli ta osoba formalnie wyraziła zgodę. Sankcja podstawowa to kara pozbawienia wolności do 3 lat. Jeżeli materiał dotyczy małoletniego, projekt przewiduje karę od 3 miesięcy do 5 lat.
Projekt zawiera też przepis, który może okazać się najtrudniejszy w praktyce: tej samej karze ma podlegać publiczne rozpowszechnianie treści, które mogą wywołać przekonanie, że przedstawiają takie zachowania. Państwo chce więc objąć nie tylko brutalną rzeczywistość, ale także inscenizację, pozór i sprzedaż obrazu przemocy jako czegoś autentycznego. Tu zaczyna się obszar wymagający wyjątkowej precyzji.
Odpowiedzialność formalna leży po stronie Sejmu, który proceduje projekty poselskie, oraz Komisji Nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach, która połączyła prace nad drukami 1613 i 2208. Politycznie odpowiedzialność ponoszą projektodawcy i większość sejmowa, która zdecyduje, czy przepis trafi do Kodeksu karnego w obecnym kształcie. To nie jest jeszcze ustawa obowiązująca. To projekt po pracach komisji, przed ostatecznym rozstrzygnięciem.
Odpowiedzialność instytucjonalna jest szersza. Jeżeli państwo uznaje, że dotychczasowe narzędzia nie wystarczają do reakcji na patostreaming, musi pokazać nie tylko nowy paragraf, lecz także realny model egzekwowania prawa. Prokuratura, policja, sądy, organy zajmujące się ochroną dzieci i platformy internetowe będą później musiały przełożyć zapis na praktykę. Kodeks karny może być mocnym narzędziem, ale źle skalibrowany przepis łatwo staje się instrumentem, którego wszyscy się boją, a którego nikt nie umie użyć.
Uzasadnienie wcześniejszego druku 1613 opisuje patostreaming jako relacjonowanie ataków na ludzi lub zwierzęta, zmuszanie do czynności uwłaczających godności oraz utrzymywanie się twórców z darowizn od widzów. W tym opisie najważniejszy jest model ekonomiczny: przemoc i upokorzenie nie są dodatkiem do transmisji, lecz często samym produktem. Publiczność płaci nie za informację, tylko za przekroczenie granicy, której normalnie nie wolno przekraczać.
Druk 2208 dokłada warstwę danych i społecznego tła. Wnioskodawcy powołują się m.in. na badania NASK „Nastolatki 3.0”, według których rodzice rzadziej deklarują świadomość kontaktu dzieci z patostreamami niż wynika to z odpowiedzi młodych. W uzasadnieniu pojawia się także liczba 16,1 proc. nastolatków, którzy dwa lata po badaniu z 2020 r. nie potrafili jednoznacznie ocenić, czy oglądane treści są patostreamami. Jeżeli odbiorca traci zdolność rozpoznania patologii, rynek patologii wygrał pierwszy etap walki.
Wersja komisji jest jednak inna niż wcześniejsze projekty. Zamiast szerokiej konstrukcji z typem kwalifikowanym za działanie dla korzyści komisja wpisała korzyść majątkową lub osobistą już do podstawy czynu. Obniżono podstawową sankcję do kary do 3 lat, a surowszą odpowiedzialność pozostawiono dla treści z udziałem małoletniego. To realne przestawienie ciężaru przepisu.
Fakt pierwszy: problem nie jest wymyślony. Oficjalne dokumenty sejmowe, uzasadnienia projektów i dane NASK pokazują, że młodzi odbiorcy mają kontakt z treściami, które normalizują przemoc, poniżanie, autodestrukcję albo agresję wobec zwierząt. Dotychczasowe przepisy ścigają wiele czynów pokazywanych w takich transmisjach, ale nie zawsze trafiają w samo rozpowszechnianie i zarabianie na widowisku. Nowy art. 255b próbuje wypełnić właśnie tę lukę.
Jednocześnie dokumenty pokazują napięcie. Patostreaming jest społecznie toksyczny, ale Kodeks karny nie może być pisany językiem odruchu. Przepis ma działać w świecie, w którym istnieją reportaże śledcze, materiały edukacyjne, kampanie i nagrania publikowane w interesie publicznym. Komisja dostrzegła to ryzyko, dlatego w projekcie pojawiło się wyłączenie dla działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej, naukowej oraz działań podejmowanych w celu ochrony interesu publicznego.
To wyłączenie jest potrzebne, ale nie zamyka sprawy. W praktyce śledczy, prokurator i sąd będą musieli odróżnić patostream od materiału ujawniającego patologię. Granica bywa cienka. Ten sam brutalny obraz może być żerowaniem na upokorzeniu albo dowodem w sprawie, ostrzeżeniem dla opinii publicznej, materiałem dziennikarskim czy elementem kampanii społecznej. Państwo musi karać pierwszy przypadek i chronić drugi.
Największa niespójność nie polega na tym, że państwo chce reagować. Reakcja jest uzasadniona. Problem leży w rozdźwięku między prostym komunikatem politycznym a trudną robotą legislacyjną. Komunikat brzmi: karzemy patostreaming. Dokument mówi coś trudniejszego: penalizujemy publiczne rozpowszechnianie treści, również takich, które mogą stworzyć przekonanie, że pokazują określone zachowania.
To różnica fundamentalna. Hasło jest intuicyjne, przepis musi być precyzyjny. Hasło działa na emocję, przepis działa na obywatela, dziennikarza, edukatora, aktywistę, twórcę i użytkownika sieci. Jeżeli władza opowie ustawę wyłącznie jako walkę z patologią, ominie najważniejsze pytanie: jak odróżnić sprzedaż upokorzenia od dokumentowania upokorzenia.
W sejmowej debacie już wcześniej pojawiały się zastrzeżenia, że projekt wymaga dalszej pracy, danych, precyzyjniejszych granic i namysłu nad platformami. Wersja komisji częściowo odpowiada na te wątpliwości, ale ich nie usuwa. Gdy państwo sięga po Kodeks karny, nie wystarczy racja moralna. Trzeba jeszcze mieć przepis, który da się stosować bez nadmiernego strachu.
Dla obywatela ta sprawa ma dwa wymiary. Pierwszy jest oczywisty: ochrona dzieci, ofiar przemocy, osób poniżanych i zwierząt przed rynkiem, który z cierpienia robi widowisko. Jeżeli prawo pozwala budować zasięg na cudzym upokorzeniu, państwo wysyła sygnał, że godność przegrywa z algorytmem.
Drugi wymiar jest mniej widowiskowy, ale równie ważny. Obywatel musi mieć pewność, że przepis nie uderzy w tych, którzy ujawniają patologię. Rodzic z dowodem przemocy w instytucji, dziennikarz pokazujący nagranie z interwencji, organizacja dokumentująca znęcanie się nad zwierzęciem czy edukator nie mogą działać w cieniu podejrzenia, że sama publikacja materiału stanie się ryzykiem karnym.
Dobra ustawa powinna więc osiągnąć dwa cele naraz: zamknąć przestrzeń dla zarabiania na przemocy i zostawić wolne pole dla informacji w interesie publicznym. W takich szczegółach widać jakość państwa.
Patostreaming jest skrajną wersją ekonomii uwagi. Platformy, twórcy, widzowie i darowizny tworzą układ, w którym mocny bodziec daje większy zasięg. W tym świecie przemoc nie musi być spontanicznym incydentem. Może stać się scenariuszem biznesowym: ktoś prowokuje, ktoś transmituje, ktoś płaci, ktoś klika.
Państwo długo miało z tym problem, bo tradycyjne prawo karne patrzy przede wszystkim na czyn: pobicie, groźbę, znęcanie, naruszenie nietykalności. Patostreaming dokłada kolejną warstwę: publiczne opakowanie czynu, sprzedaż emocji i premiowanie sprawcy przez uwagę publiczności. Dlatego art. 255b dotyka także dystrybutora widowiska.
Tu jednak pojawia się pytanie o platformy. Jeżeli w praktyce odpowiedzialność spadnie głównie na jednostki, a infrastruktura zasięgu pozostanie poza realną presją, państwo będzie reagowało dopiero po szkodzie. Kodeks karny może odstraszać, ale bez procedur szybkiego zgłaszania, zabezpieczania dowodów, współpracy platform i reakcji organów ścigania pozostanie głównie deklaracją intencji.
Technika komunikacyjna widoczna wokół tej sprawy to etykieta oczywistego zła. Działa prosto: bierze się zjawisko, którego prawie nikt nie chce bronić, i buduje wokół niego przekaz tak mocny moralnie, że pytania o precyzję przepisów zaczynają wyglądać jak obrona patologii. To nie znaczy, że projektodawcy manipulują intencjonalnie. Znaczy to, że sama konstrukcja debaty tworzy presję: kto pyta o granice przepisu, ten łatwo zostaje ustawiony po złej stronie sporu.
Krok pierwszy: wskazuje się realny problem, czyli przemoc, poniżanie, krzywdzenie zwierząt i dostęp małoletnich do treści destrukcyjnych. Krok drugi: nadaje się mu nazwę, która niesie gotową ocenę moralną. Patostreaming brzmi jak coś, czego cywilizowane państwo nie powinno tolerować. Krok trzeci: przesuwa się uwagę z pytania „czy reagować” na pytanie „kto śmie mieć wątpliwości”. Wtedy ginie sedno: nie spór o potrzebę reakcji, lecz spór o jakość narzędzia.
Pominięty element rzeczywistości to ryzyko zbyt szerokiego stosowania przepisu. Zwrot o treściach mogących wywołać przekonanie, że przedstawiają określone zachowania, jest potrzebny do walki z pozorowanymi transmisjami sprzedawanymi jako prawdziwe. Jednocześnie jest to miejsce, w którym prawo będzie musiało bardzo uważnie odróżniać oszustwo medialne od fikcji, edukacji, satyry, reportażu i ostrzeżenia społecznego. Odbiorca może dać się zwieść prostemu przekazowi, bo emocjonalnie chce jednego: żeby państwo wreszcie zrobiło porządek. Właśnie wtedy najłatwiej zaakceptować przepis bez pytania, jak będzie działał po wejściu w życie.
Interes polityczny jest czytelny: ustawa pozwala pokazać sprawczość państwa w obszarze, który budzi odrazę i lęk rodziców. To daje łatwy kapitał komunikacyjny. Skutek społeczny może być dobry, jeśli przepis zostanie dopracowany i stosowany punktowo wobec rynku upokorzenia. Może być zły, jeśli powstanie efekt mrożący i ludzie zaczną bać się publikować materiały dokumentujące patologie. Podobną technikę w przyszłości można rozpoznać po tym, że władza mówi wyłącznie o moralnie oczywistym celu, a bardzo mało o granicach, wyjątkach, dowodach, procedurach i kontroli stosowania prawa.
Moim zdaniem kierunek jest zasadny, ale nie wolno go sprzedawać obywatelom jak prostego guzika z napisem „zakazać”. Patostreaming nie jest zwykłą głupotą w internecie. To model, w którym cudza krzywda, upokorzenie i agresja stają się materiałem do monetyzacji. Państwo ma prawo i obowiązek wejść w ten mechanizm. Pytanie brzmi, czy zrobi to chirurgicznie, czy młotkiem.
Najmocniejszą stroną wersji komisji jest wpisanie wyjątków dla działalności prasowej, edukacyjnej, informacyjnej, artystycznej, naukowej i działań w interesie publicznym. Bez tego przepis byłby niebezpiecznie ciężki. Najsłabszym punktem pozostaje praktyka stosowania: kto, kiedy i według jakich kryteriów uzna, że materiał nie ujawnia patologii, lecz ją rozpowszechnia? Tu nie wystarczy wiara w rozsądek organów. Potrzebne są jasne standardy. Władza powinna więc zostać rozliczona nie tylko z samego uchwalenia przepisu, ale także z jakości jego wykonania: czy będą wytyczne dla organów ścigania, czy platformy będą realnie współpracowały, czy dowody będą szybko zabezpieczane, czy sprawy z udziałem małoletnich będą traktowane priorytetowo, i czy działalność dziennikarska nie stanie się zakładnikiem nieostrej interpretacji.
Dalej możliwe są trzy scenariusze. Pierwszy: Sejm przyjmie projekt w wersji komisji, a debata skupi się na ochronie dzieci i ofiar, bez głębszej rozmowy o praktyce stosowania przepisu. Drugi: w toku dalszych prac pojawią się poprawki doprecyzowujące granice odpowiedzialności i ochronę działań w interesie publicznym. Trzeci: ustawa zostanie uchwalona szybko, a realny spór zacznie się dopiero przy pierwszych postępowaniach, gdy okaże się, jak prokuratura rozumie rozpowszechnianie, pozór autentyczności i korzyść osobistą.
Najlepszym testem nie będzie więc sama liczba głosów w Sejmie. Testem będą pierwsze sprawy: czy przepis trafi w tych, którzy robią z przemocy produkt, czy w tych, którzy pokazują przemoc po to, by ją zatrzymać.
Państwo ma prawo zamknąć biznes oparty na upokorzeniu. Ale jeśli chce bronić godności, musi zacząć od godności prawa: precyzyjnego, przewidywalnego i odpornego na polityczny skrót.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Bilet, plan i budżet ponad gminami. Metropolia pomorska jako test nowej samorządowej władzy.
Rządowy projekt ustawy o związku metropolitalnym w województwie pomorskim ma dać Gdańskowi, Gdyni, Sopotowi i okolicznym samorządom narzędzie do wspólnego zarządzania transportem, przestrzenią i częścią inwestycji. Problem polega na tym, że pod eleganckim hasłem integracji powstaje nowy poziom realnej władzy: z własnym zarządem, urzędem, budżetem i kompetencjami, które dla obywatela mogą okazać się trudniejsze do skontrolowania niż decyzje jednej gminy.


Opieka domowa według standardu. Państwo obiecuje jakość, ale rachunek zostawia gminom.
Sejmowy druk 2611 przesuwa projekt zmian w pomocy społecznej na kolejny etap: usługi opiekuńcze w domu mają być świadczone według jednolitego standardu, a gminy mają je monitorować i oceniać. W dokumentach padają konkretne liczby: 2479 gmin, 2497 OPS i CUS, 111 537 osób korzystających z usług oraz 5994 pracowników wykonujących opiekę. Problem w tym, że państwo mówi o jakości, a w ocenie skutków regulacji nie pokazuje nowych pieniędzy.


Doradca zniknął z listy, rolnik został z wnioskiem. UD253 pokazuje, jak procedura potrafi odciąć ludzi od pomocy.
Projekt UD253 trafił 28 maja 2026 r. na Stały Komitet Rady Ministrów i dotyczy sprawy, która brzmi technicznie tylko do pierwszego terminu w ARiMR. Rząd przyznaje, że duża liczba doradców rolniczych i ekspertów przyrodniczych została skreślona z list, często z powodów losowych: choroby, zwolnienia, urlopu macierzyńskiego albo niedotrzymania formalnego terminu. Skutek jest praktyczny: rolnik może mieć prawo do instrumentu WPR, ale problem ze znalezieniem osoby, która pomoże mu przejść przez dokumentację.


Małe NGO kontra wielkie fundusze. Uproszczenie, które przesuwa kontrolę nad pieniędzmi społeczeństwa obywatelskiego.
Rządowy druk 2597 wygląda jak pakiet dobrych wiadomości dla trzeciego sektora: mniej obowiązkowego wkładu finansowego, wyższe limity małych dotacji i prostsze sprawozdania dla części OPP. Ale w tym samym projekcie znika Fundusz Wspierania Organizacji Pożytku Publicznego, a środki i decyzje dotyczące pieniędzy z 1,5% PIT mają przejść do szerszego funduszu zarządzanego przez Przewodniczącego Komitetu do spraw Pożytku Publicznego. To już nie jest tylko deregulacja. To zmiana mapy wpływu na pieniądze społeczeństwa obywatelskiego.